No to mamy środę i kolejną porcję zdjęć od Fadera. Wrzuca już dziś bo jutro raczej nie będzie na takie pierdoły czasu. Mam nadzieję, że widok naszych roześmianych słodkich buziaków osłodził Wam trochę gorycz długiego oczekiwania. Niestety, nie mam dobrych wiadomości, znów będzie jakaś przerwa, gdyż są wakacje i wyjeżdżamy właśnie jutro w fajne miejsce nad morze tam gdzie rok temu, i nas nie będzie, więc nie wiem, czy coś Ociec ogarnie z nowych postów. Myślę, że może będzie mu ciężko bez komputera, który nam będzie niezbędny w celu oglądania bajek. Ale za to możecie spodziewać się kolejnej fantastycznej relacji z naszego urlopu :-)
Tata powiedział, że tym razem spełnia obiecankę zdjęciową bo naprawdę są duże zaległości i nie ma co zwlekać. Wybrał trochę fajnych zdjęć z ostatnich 2 miesięcy i poniżej możecie sobie nas z Nikodemkiem troszkę pooglądać w różnych okolicznościach i w różnych miejscach i zawsze akurat jak było fajnie lub nawet czasem bardzo fajnie. Są zdjęcia z palcu zabaw i z wujkiem Stefanem i z bańkami są zdjęcia i jak ciasto sama wałkowałam i pięknego Nikosia i różne inne. Są też zdjęcia jak płaczę, ale Fader tym razem niby mi odpuszcza kompromitacji i jak będę niegrzeczna to wtedy opublikuje... No nie wiem na ile realne są te groźby?
Życzę dużo miłych wrażeń i mam nadzieję, że z niecierpliwością będziecie oczekiwać kolejnej porcji zdjęć, która najpóźniej w środę się tu pojawi.
No to ładnie Brazylia dostała w... nie powiem w co, bo Tata powiedział że brzydkie słowa na meczach tylko on może mówić i to tylko w myślach cichutko. A my się tak przygotowaliśmy do meczu, zakupiliśmy co trzeba i tak dalej... Ech... Skoro tak, to szykujcie się na wielką porcję niepublikowanych zdjęć, które spadną tu na strony tego bloga, niczym razy niemieckich piłkarzy na klęczącą na kolanach, błagającą o litość Brazylię... Ale to jeszcze nie dziś.
"czipsy prosimy i ten tego, no wie Pani...dwie puszeczki... Jaki dowód? A co, nie wyglądamy?"
Dziś Fader nie wrzucił żadnego naszego zdjęcia tylko artykuł, o którym uważa że to jest właśnie to i że bardzo dobrze pan autor mówi i każdemu Rodzicowi poleca do przeczytania! Zatem czytajcie!!!
Moje pokolenie wychowywało się „na dziko”. Byliśmy
poharatani, umorusani, sami jeździliśmy do szkoły i życie było przygodą.
Dziś dzieci żyją w sztucznym świecie
opublikowano: 1 czerwca 2014, 17:15
· aktualizacja: 1 czerwca 2014, 17:18
Fot. sxc.hu
Polska ma nie tylko wielki problem z dzietnością w
ogóle. Mamy ogromny problem z tym, jak wychowujemy nasze dzieci. Warto
się tym zająć w Dniu Dziecka. A wychowujemy dzieci w symbolicznym
namiocie tlenowym, bez śladu bakterii. W świecie sterylnym, sztucznym,
oderwanym od prawdziwego życia.
Wychowujemy na osoby niesamodzielne, zalęknione, nieustannie
podpierane i ubezpieczane przez rodziców. Swoje dzieci podglądamy,
sprawdzamy, ogradzamy kordonami sanitarnymi, płotami i śluzami. Innymi
słowy – nie dajemy im żyć prawdziwym życiem. Dlatego część z nich
sięga po narkotyki i alkohol, a przemoc staje się jedynym sposobem
radzenia sobie z problemami. A to życie „za kordonami” serwujemy naszym
dzieciom ponoć z troski o ich bezpieczeństwo, zdrowie, dobre
wychowanie i wartościową edukację.
Moje pokolenie wychowywało się na podwórkach. Godzinami nikt nas nie kontrolował, nie sprawdzał, nie wyznaczał ścieżek, a wręcz każdego ruchu.
I nie wynikało to z zaniedbań wychowawczych rodziców, lecz z
przekonania, że dzieciństwo to także przygoda, ryzyko, kłopoty, test
samodzielności, odwagi, niepewności, umiejętności współpracy z
rówieśnikami. Generalnie – to próba normalnego życia. Wielokrotnie
mieliśmy pozdzierane kolana i podrapane wszystko, co wystawało spod
ubrania. Nikt nas wtedy co chwila nie dezynfekował, nie przylepiał
plastrów na zadrapania i nie owijał bandażami zranionych rąk i nóg. Co
najwyżej przyklejaliśmy sobie na rany liście babki, jeśli rosła na
podwórku. A jeśli nie, to rany i zadrapania same zasychały. Każdy
wiedział, co trzeba zrobić, gdy ktoś się głębiej zranił, gdzie i co
ucisnąć, przewiązać, jak w razie potrzeby trafić do najbliższej
stacji pogotowia ratunkowego. Właziliśmy na drzewa, często z nich spadając. Obrzucaliśmy
się kamieniami, kawałkami cegieł, walczyliśmy kijami. Często ktoś
obrywał, lecz bardzo rzadko potem płakał czy skarżył się na los.
Mieliśmy porozrywane ubrania i byliśmy umorusani niczym górnicy. I
brudnymi rękami jedliśmy co popadło, nie myjąc owoców, nie przejmując
się, gdy jedzenie spadło nam na ziemię.
Otrzepywało się je z piachu i zjadało do końca. Piliśmy wodę z kranu, a
nawet z naczyń podstawionych u wylotu rynien. Pochodziliśmy z różnych
domów i rodzin, od
robotniczych po profesorskie, ale na podwórku byliśmy równi. Bardzo
rzadko ktoś szpanował, dzieliliśmy się jedzeniem. Trzymaliśmy
sztamę, gdy jacyś rodzice byli zbyt wścibscy.
Rodzice nie odwozili i nie odprowadzani nas do szkoły (do przedszkola oczywiście tak) i z niej nie odbierali.
Sami jeździliśmy tramwajami czy autobusami, ci młodsi i mniejsi
doglądani przez starsze rodzeństwo lub kolegów z podwórka bądź z tej
samej ulicy. Kiedy byliśmy w wieku umożliwiającym zdobycie karty
rowerowej, zdobywaliśmy ją i jeśli dojeżdżanie do szkoły rowerem miało sens i było w miarę bezpieczne, robiliśmy to. Rodzice byli ostateczną instancją, gdy już sami i przy pomocy
kolegów nie mogliśmy sobie z czymś poradzić. Ale nieuzasadnione
zwracanie się o pomoc do rodziców uchodziło za przejaw bycia
maminsynkiem czy „lalusiem”.
Współcześni rodzice mogą argumentować, że kiedyś było
bezpieczniej, mniej było patologii, mniejszy ruch na ulicach i
generalnie mniej ryzykownie się żyło. Dla nas i naszych rodziców tak nie
było. I my i oni mieliśmy swoje strachy, obawy, w domach mówiliśmy o zagrożeniach i o tym, jak się przed nimi zabezpieczyć.
Ale z tego powodu nikt nie wpadał na pomysł, byśmy zmienili swój styl
życia i sposób funkcjonowania. I nie wydaje się, byśmy wyrośli na
gorszych ludzi, niż ci z pokoleń, które były i są wychowywane radykalnie
inaczej niż my. Wręcz przeciwnie, wydaje się, że teraz dzieci żyją i
wychowują się w jakimś sztucznym świecie, z wieloma protezami, które
mają im życie ułatwiać, a ich bezpieczeństwo zwiększać, tylko efekt jest
całkowicie przeciwny od zamierzonego. Bronię
naszego życia „na dziko” i wychowywania się „na podwórku”, bo ono nie
było sztuczne. A jednocześnie nie było barbarzyńskie i oderwane od
kultury. Mieliśmy jednak czas na ogniska muzyczne, zajęcia teatralne,
biblioteki, zajęcia sportowe,
konkursy i olimpiady. I uczestniczyliśmy w nich nie dlatego, że
rodzice tak nam zaprogramowali życie, tylko dlatego, że sami tego
chcieliśmy. My, dzieci z podwórek.
Autor: Stanisław Janecki
Publicysta tygodnika "W Sieci"