Poszliśmy dziś z Rodzicielstwem po choinkę. Rzucili nas w sam środek choinkowego gąszczu. Nieprzeniknionego i nieskończenie wielkiego, niczym amazońska dżungla. Wszędzie dookoła zielono, pachnąco i kłująco, zewsząd dobiegają odgłosy pilarek spalinowych i pokrzykiwania ludzi. Niczym w amazońskiej dżungli. Nie wiadomo którą chojnę wybrać, wszystkie niby takie same ale jak się przyjrzeć to bardzo różne. Duże małe średnie rozłożyste i krępe, w doniczkach i cięte, sosny jodły i świerki, ładne i mniej ładne, normalnie w głowie się nam zakręciło. Tak się zakręciło, że po kilku minutach postanowiliśmy wymóc gardłowo jak najszybsze oddalenie się z tego miejsca. Gardłowo i rękoczynowo. Odrobina awantury przy niedzieli nie zawadzi, więc poszliśmy sobie stamtąd. Bez choinki.
Choinkę kupiła Mama jakiś czas później, poszła już bez nas...
Jutro chyba będzie ubieranko! :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz