poniedziałek, 17 kwietnia 2017

PUSZCZA TUŻ ZA ROGIEM



   Wyglądając przez okno w ostatnie dni trudno uwierzyć w to, że raptem dwa tygodnie temu wiosna uraczyła nas ledwo kilkoma dniami niemal letniej pogody! Cóż to był za upał. Na szczęście akurat tak dobrze się złożyło z czasem, że Rodzicielstwo miało wolny weekend. Złożyło się tak, że właściwie w czwartek stwierdzili, iż warto wyjechać gdzieś za miasto w związku z prognozami. Przy okazji się tak złożyło, że samochód się popsuł i wg Fadera nie mieliśmy czym wyjechać. Na szczęście po krótkiej acz ostrej wymianie zdań Tata uległ argumentom i zaczęła się rodzicielska akcja szukania miejsca fajnego i odludnego, z dużą ilością lasu i z jednoczesną możliwością dotarcia tam pociągiem. Udało się dość szybko takie miejsce wytypować, mniej szybko znaleźć i zarezerwować miejsce do spania, aż nadeszła sobota i niezbyt wczesnym rankiem objuczeni jak dromadery wsiedliśmy na rowery i udaliśmy się na warszawską stację Ochota, skąd odjechaliśmy w zieleniącą się dal. Godzina niespiesznej jazdy pociągu i znaleźliśmy się na południowym skraju Puszczy Bolimowskiej. Ze stacji Skierniewice Rawka w trochę ponad pół godziny spokojnej jazdy rowerami dotarliśmy do gospodarstwa pełnego zwłaszcza kotów, co Nina przyjęła z ogromną radością i zabawkowych pojazdów, co mnie ucieszyło. I tak spędziliśmy dwa cudowne dni w cieple, ciszy i spokoju, pośród lasów i pękających sosnowych szyszek, zapachu budzącej się do życia przyrody i plusku rzeki, trzaskającego ogniska, dymu i zapachu piekących się kiełbasek.
    Mówiąc krótko: sobota upłynęła nam na rowerowych wojażach po dość rozległej okolicy, wykręciliśmy łącznie tego dnia 28km! Tak tak, na naszych małych rowerkach. W niedzielę zaś postanowiliśmy, no bardziej nasi Rodzice nieznający lęku i umiaru, spłynąć Rawką. I wszystko fajnie  gdyby nie to, że pierwszy odcinek, czyli ponad połowa to była jakaś masakra i walka o przetrwanie. Rzeka składała się głównie ze zwalonych w poprzek drzew co powodowało, że nasze płynięcie składało się głównie z przeciskania się nad lub pod pniami, przekleństw Taty, braku sterowności spowodowanej bardzo szybkim nurtem, przenoszenia i przeciągania kajaka z nami w środku, braku możliwości używania wioseł, wpadania na podwodne pułapki, zawisania na niewidocznych przeszkodach i w ogóle była super zabawa! Nam się z Niną bardzo podobało. Tylko nie wiem dlaczego jak udało nam się w końcu wydostać na spokojną wodę bez przeszkód to Tata zwiesił z tyłu głowę i ręce i kazał mi już do końca wiosłować samemu. Jakiś nie w formie chyba, czy coś?


/Niko/


























































































































































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz